Polskie kosmiczne bzdury

Pani Olga Woźniak publicystka "Przekroju" raczyła popełnić artykuł pod nazwą "Piramidą w gwiazdy", gdzie próbuje wmawiać czytelnikom, że czarne musi być białe, gdyż w naszym naukowym świecie inaczej być nie może. Już sam podtytuł - "Zaćmienie Słońca to dziś astronomiczna ciekawostka", co oznacza mniej więcej to, że wszystko już wiemy i nie musimy się zajmować tak błahymi sprawami. Poniżej artykuł.

Czym jednak były takie wydarzenia dla ludzi żyjących tysiące lat temu? Co wiedziano wtedy na temat kosmosu? Na te pytania próbuje odpowiedzieć młoda dziedzina nauki - archeoastronomia. Obserwatorium astronomiczne z epoki brązu, kosmiczne ceremonie starożytnych Majów, kalendarze lunarne, Stonehenge. Brzmi znajomo? No cóż, wbrew pozorom nie będzie to tekst o kolejnych odkryciach Ericha von Dänikena. Choć to właśnie dzięki niemu w powszechnej świadomości zaistniała nauka zwana archeoastronomią. To, czym zajmuje się Däniken, należałoby raczej nazwać astroarcheologią - zauważa doktor Stanisław Iwaniszewski z Państwowego Muzeum Archeologicznego w Warszawie, który w tym roku został wybrany na prezesa Międzynarodowego Towarzystwa Archeoastronomii i Astronomii w Kulturze (ISAAC).

Czym jest owo stowarzyszenie? Czy to grupa fascynatów, którzy po całym świecie poszukują dowodów na to, że Ziemia bywała przystankiem na trasie obcych cywilizacji? Nic bardziej mylnego. Archeoastronomowie to poważni uczeni zajmujący się poszukiwaniem astronomicznych treści w dawnych cywilizacjach. Ich pole zainteresowań jest na styku dwóch pozornie odległych dyscyplin naukowych - archeologii i astronomii. Żerując na ich pracy, ludzie tacy jak Erich von Däniken odcinają kupony od popularności. - My nie zajmujemy się UFO. Usiłujemy się tylko dowiedzieć, co dawne cywilizacje - starożytnych Greków, Egipcjan, Chińczyków czy Majów - wiedziały na temat astronomii, kosmosu. Jak ta wiedza wpływała na kulturę i życie codzienne ludzi tamtego czasu - mówi doktor Iwaniszewski. I choć badania archeoastronomów dotyczą wydarzeń sprzed wieków, sama dyscyplina badawcza ma zaledwie 40 lat. - Oczywiście nie pojawiła się znikąd. Jej prekursorów można znaleźć już w XIX wieku - dodaje badacz.

Na początku były kręgi

Jednym z pierwszych był niemiecki profesor historii starożytnej Heinrich Nissen. Sprawdzał, czy usytuowanie świątyń starożytnej Grecji i Rzymu ma związek z danymi astronomicznymi. Nierzadko okazywało się, że tak. Dlaczego? Czy wędrówka Słońca, Księżyca i planet miała dla ówczesnych ludzi aż takie znaczenie? Podobne pytania zadawał Anglik sir Norman Lockyer, fizyk i astronom. On także badał orientację przestrzenną świątyń starożytnych Greków oraz Egipcjan. Studiował też naturę kręgów kamiennych na terenie Wielkiej Brytanii. Zauważył, że większość z nich jest zorientowana na wschód lub zachód Słońca podczas przesilenia wiosennego lub zimowego. To nie mógł być przypadek!

Kamienne kopce i starożytne budowle zaczęły przyciągać kolejnych naukowców. - XIX wiek i początek XX to jednak czas sporych nadużyć w archeoastronomii. Fantastycznych, nieumotywowanych faktami teorii, które stały się potem wodą na młyn ufologów. Dziś standardy badań są zupełnie inne, co zawdzięczamy między innymi pracom Geralda Hawkinsa, który pierwszy w 1963 roku zastosował analizę komputerową do badań orientacji przestrzennej kamiennych kręgów w Stonehenge - mówi Iwaniszewski.

Nie znaczy to, że badania nie prowadzą do niezwykłych odkryć. Dzięki nim dowiadujemy się, jak wielką wiedzę astronomiczną miały kultury uważane przez długi czas za prymitywne. Okazuje się, że już w rysunkach naskalnych można odnaleźć ślady zainteresowań kosmosem. Badania nad tym zjawiskiem prowadzą między innymi naukowcy z USA, Rosji i Niemiec.

Ślad zaćmienia

Na obszarze Irlandii znaleźć można kopce ziemne będące grobowcami z epoki neolitu. Naukowcy zauważyli, że ich wzajemne położenie ma ścisły związek ze zjawiskami astronomicznymi, takimi jak równonoce, podobnie jak w słynnych budowlach w Stonehenge w Anglii. Nie dość tego jednak, na jednym z wykopalisk w Loughcrew (80 kilometrów na północny zachód od Dublinu), u podnóża sztucznie usypanej piramidy z kamieni odkryto tajemnicze geometryczne obrazki. Paul Griffin, irlandzki archeoastronom, sądzi, że mogą one przedstawiać ówczesnych bogów Słońca i Księżyca. Niektóre z nich mogą być nawet pierwszymi zapiskami z obserwacji zaćmienia Słońca! Używając komputerowego symulatora astronomicznego, Griffin obliczył, że blisko 5340 lat temu wieczorem na tym obszarze można było oglądać zaćmienie Słońca zbiegające się z jego zachodem. Księżyc zakrył je w 98 procentach. - Można się domyślać, jakie poruszenie wywołało to wśród ówczesnych ludzi. Trudno się dziwić, że w jednym z pomieszczeń piramidy w Loughcrew zbiór rzeźb naskalnych przypomina położenie Księżyca i Słońca tamtego dnia (30 listopada 3340 roku przed naszą erą) - mówi Griffin. W tej komorze odkryto też szczątki 48 osób. - Może złożono ofiarę, by uprosić bóstwa o powrót Słońca - przypuszcza archeolog. Gdy następnego dnia Słońce wróciło nienaruszone, prawdopodobnie zbudowano kamienny słup przed piramidą. Griffin uważa, że jest postawiony na linii, po której biegłyby pierwsze promienie Słońca wschodzącego następnego dnia po zaćmieniu.

Syriusz wylewa

A może tylko widzimy to, co chcemy zobaczyć? - wątpię. - Doszukujemy się tajemnicy tam, gdzie jej nie ma. Ten opisany wyżej przypadek może być pewną nadinterpretacją poczynioną przez naukowca, ale nauka to rzadko czyste fakty - odpowiada doktor Iwaniszewski. - Ludzki umysł jest tak skonstruowany, by szukać przyczyn zjawisk. O tym jednak, że wędrówka Słońca, Księżyca czy niektórych planet była ważna dla dawnych ludów, świadczy bardzo wiele dowodów. Pojawianie się jakichś znaków zarówno na ziemi, jak i na niebie nigdy nie było uważane za przypadkowe. Komety zwiastowały nieszczęścia, podobnie jak zaćmienia Słońca.

Ukazanie się w odpowiednim punkcie nieba Syriusza dla kapłanów starożytnego Egiptu zwiastowało wylew Nilu. Kto miał wiedzę astronomiczną i zdolność przewidywania zmian, ten miał władzę. Dlatego często obserwacją nieba zajmowali się kapłani na użytek władcy. Określali daty ceremonii, wypraw wojennych czy po prostu zbiorów. Odczytanie kodeksów starożytnych Majów pozwoliło odkryć metody, jakimi dokonywali oni obliczeń astronomicznych. Wszystkie ważniejsze czynności, jakie przedsiębrano w tamtej kulturze, musiały się odbyć, gdy na niebie pojawiła się określona konfiguracja planet. Kiedy Wenus była widoczna jako Gwiazda Wieczorna, wyruszano na wojny, aby pochwycić ofiary, składane potem, gdy planeta znajdowała się w innej konfiguracji. W kodeksach Majów mamy też zapiski dotyczące zaćmień Słońca i Księżyca oraz ruchów Wenus i Marsa. Wiemy, że obserwowano też Merkurego, Jowisza i Saturna, czyli wszystkie widoczne gołym okiem planety. Podobną wiedzę mieli starożytni Egipcjanie, Babilończycy czy Chińczycy.

W wielu kulturach występują legendy dotyczące gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy. To chyba najstarsza znana ludzkości konstelacja. Wygląda na to, że zaobserwowano ją już 10-15 tysięcy lat temu. Być może wiedza o niej pochodzi jeszcze z epoki lodowcowej. Musiała przejść z ludźmi przez Cieśninę Beringa, gdy było to jeszcze możliwe, bo te same mity dotyczące tego gwiazdozbioru są i w północnej Europie, i na Syberii, i w Ameryce Północnej.

Księżycowe kalendarze

A co u Słowian? Czy nasza astronomia zaczyna się dopiero od Kopernika? Oczywiście, że nie, choć, niestety, u nas nie wykonano zbyt wielu badań w tej dziedzinie. Mamy jednak kilka ciekawych zabytków. Do najbardziej znanych należy tak zwane polskie Stonehenge, czyli kręgi kamienne w Odrach. Liczą sobie dwa tysiące lat, ale w odróżnieniu od swych europejskich odpowiedników nie mają wielu astronomicznych orientacji. Stwierdzono, że kryją one zwłoki ludzi zmarłych na początku naszej ery.

Sprzed sześciu i pół tysiąca lat pochodzą kości z nacięciami, które odnoszą się prawdopodobnie do faz Księżyca. Znaleziono je w Jaskini Maszyckiej (województwo małopolskie) i był to pewnie rodzaj lunarnego kalendarza, jakim posługiwały się ludy zbieracko-łowieckie. Podobną funkcję pełniło być może tak zwane poroże z Nowej Łupianki. Róg z nacięciami pochodzi z rejonów Białegostoku sprzed dwóch-trzech tysięcy lat przed naszą erą, choć datowanie nie jest pewne. Mamy też zespół grobowców megalitycznych zwanych kujawskimi. Wznoszono je w okresie od piątego do czwartego tysiąclecia przed naszą erą. Najbardziej znane znajdują się w Sarnowie i Wietrzychowicach na Kujawach i w okolicy Łupawy na Pomorzu. Są zorientowane według Słońca wschodzącego w danym punkcie na horyzoncie podczas przesilenia zimowego czy równonocy - opowiada doktor Iwaniszewski.

Prosto na patrona

W naszym kraju przebadano także kilka kościołów budowanych w średniowieczu. Okazuje się, że niektóre są orientowane według tego, gdzie wschodzi Słońce w dniu poświęconym patronowi danej świątyni. - Często zdarzało się, że kościoły budowano w miejscach dawnych kultów pogańskich i dostosowywano je do katolickiego obyczaju. Dlatego na przykład wiele z nich stoi przodem do miejsca na horyzoncie, gdzie wschodzi Słońce w dzień przesilenia zimowego. Nie bez powodu na ten właśnie dzień przypadają dziś chrześcijańskie święta Bożego Narodzenia. Takie zabiegi badacze nazywają chrystianizacją czasu i przestrzeni - mówi doktor Iwaniszewski. - Zdarzało się też tak budować świątynie, by danego dnia promienie Słońca padały na określony obraz czy miejsce, w którym stał kapłan lub władca.

Dlaczego ludzie od zawsze interesowali się tym, co na niebie?

Myślę, że chodziło o poczucie sprawowania kontroli nad światem. Przewidywanie zjawisk - mówi doktor Stanisław Iwaniszewski. - Organizację zajęć, świąt, pracy. Temu służyło choćby tworzenie kalendarzy. Dziś mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale reformy kalendarzowe prowadziły do wojen. Ludzie umierali za kalendarze.

Trudno się dziwić, skoro wraz z narzuceniem nowego kalendarza można było zniszczyć kulturę danego ludu razem z jego świętami i obyczajami. Panowanie nad Słońcem, Księżycem czy gwiazdami daje władzę. Tak było kiedyś i tak w pewnym sensie jest i dzisiaj. Dlatego wielu krajom tak bardzo zależy, by być pierwszymi na Księżycu, Marsie czy komecie. Kto wie, może kiedyś archeoastronomowie, badając resztki stacji kosmicznej Mir, też będą zastanawiać się nad sensem naszych poczynań, tak jak my dziś próbujemy odszyfrować zagadki Stonehenge.


Artykuł poprawny ideologicznie i spełniający zapewne oczekiwania sponsora. Szkoda, że nie wnosi nic nowego. Oparty na starym wyświechtanym założeniu: "głupi starożytni - wszechwiedzący współcześni". Jestem także zdziwiony, bowiem żyjąc na tym padole bez mała 60 lat, dopiero teraz dowiedziałem się o istnieniu tak wyspecjalizowanej polskiej placówki. Czytają w artykule o osiągnięciach naszych archeoastronomów mam wrażenie, że powstali na zasadzie - jak oni coś takiego mają, to my nie możemy być gorsi. Oni głoszą jakieś tezy, my przyklaskujemy i znajdujemy podobieństwa u siebie. Dziwne jednak jest to, że nasi uczeni odżegnują się od badań nad UFO, podczas gdy na zachodzie takie placówki badawcze powstają jak grzyby po deszczu. Zresztą nie dziwota. Z czym my do Roswell? Z jednym Emelcinem, gdzie rolnikowi objawił się latający autobus typu "SAN"?

Z artykułu też trudno zorientować się, kto doszedł do wniosku, że von Daeniken żeruje na badaniach archeoastronomów. Czy to pan doktor czy pani redaktor? Zresztą nieważne, ważne jest to, że autor tego stwierdzenia padł ofiarą braku samokrytycyzmu. To właśnie dzięki Daenikenowi, archeoastronomowie zaczęli mieć coś do roboty, bo wskazał im miejsca i pomysły, o których nie mieli zielonego pojęcia. To właśnie archeoastrologia rozwinęła wtedy skrzydła, bo znalazł się wspólny wróg i wreszcie było można stworzyć jednolity front do walki. Znaleziono wreszcie wspólnego wroga, na którym można się wreszcie wyżyć. Wnioski opisane w artykule też trudno zaliczyć do błyskotliwych. Stara paplanina w nowszym, biało-czerwonym opakowaniu. Czy nikt nie śledzi poczynań zachodnich kolegów po fachu? Czy u nas nieznana jest hipoteza o południowym zasiedleniu Ameryki północnej? To skąd ta "Wielka Niedźwiedzica" wędrująca z ludźmi przez cieśninę Beringa? Czy nie wiadomo, że do tej pory na terenie Ameryki północnej nie znaleziono żadnego szkieletu Mongoła? Jeśli dziś można tam spotkać Azjatów, to zapewne są to pozostałości wielkiej wędrówki KGB i to na pewno nie przez cieśninę Beringa. Czy obce są stwierdzenia zachodnich astronomów, że wiedza astronomiczna posiadana przez starożytne kultury nie mogła być ich autorstwa? Czy nie dziwi zadziwiająca, światowa koincydencja pomimo wielkich odległości i braków kontaktu?

Dla udowodnienia słuszności dzisiejszej nauki produkuje się mnóstwo filmów, jak ten ukazujący rozwiązanie zagadki Stonehenge. Czy zagadka Stonehenge została rozwiązana? Wolnego. Nikt jeszcze nie określił prawdziwej daty powstania monumentu, nie mówiąc o celu budowy. Pokazywanie filmu o mozolnym transporcie rzeką jednego kamiennego bloku niczego nie dowodzi, tym bardziej, że jak na kamienny, kilkudziesięciotonowy głaz dziwnie podrygiwał podczas ruchu tratwy. Cóż, trudno zmusić styropian lub tekturę, by zachowywały się jak kamień. A o jakim skierowaniu astronomicznym Stonehenge mówią archeolodzy? Dlaczego główne "wejście" nie jest zorientowane według stron świata? Nad każdym kamiennym kręgiem zawsze coś wzejdzie i zajdzie i żeby to stwierdzić nie potrzeba żadnego komputera.

Polacy nie gęsi. My też mamy starożytnych astronomów choć w skali mikro. Polskie Stonehenge w Odrach, to co prawda nieobrobione małe kamienie, ale ułożone w jajowatym kręgu. Możemy też pochwalić się doskonałymi starożytnymi instrumentami astronomicznymi takimi jak kości czy poroża z nacięciami. Od razu widać na nich księżycowe kalendarze. Nikt jednak nie słyszał, by polscy kapłani wykorzystywali zaćmienia do tumanienia ludu albo wzywali naród do siewów i zbiorów, bo coś wzeszło. Nie mieliśmy swojej gwiazdy, czy jesteśmy indywidualistami? Nasi archeoastronomowie sa też zapewne znakomitymi psychologami i stąd ta pewność, że tysiące lat temu każde zaćmienie poruszało ludzi. Stąd pewność, że musiano je wykorzystywać do utrzymania władzy. Stąd też pewność, że składano ofiary z ludzi by zmusić Słońce do powrotu. Czy składano je codziennie? A może to ofiary głodu "przed 1-szym"? To są oklepane wymysły dzisiejszej, aroganckiej nauki. Ponieważ my jesteśmy głupi, to nasi przodkowie musieli być jeszcze głupsi.

A jakież to, jeśli wolno zapytać, metody obserwacji posiadali starożytni Majowie? Czy odnaleziono jakiekolwiek przyrządy astronomiczne? Dlaczego ich "obserwatoria" miały tylko parę okien i grube, wysokie dachy? Dlaczego niektóre "obserwatoria" ukryto pod ziemią, dając obserwatorowi niewielkie pole obserwacji? A jakież to kodeksy Majów odczytano? Czy określenie paru liczb można nazwać odczytaniem? A co ze stwierdzeniem maistów, którzy bez przerwy narzekają na zbyt małą ilość materiałów uniemożliwiających dalsze badania nieodczytanego jeszcze języka? A jak polscy archeoastronomowie tłumaczą podobieństwo kalendarzy Majów i Egipcjan? Czy te fakty nie są znane naszym naukowcom? Na koniec rodzynek w polskim stylu. - Dlaczego ludzie od zawsze interesowali się tym, co na niebie? Myślę, że chodziło o poczucie sprawowania kontroli nad światem - stwierdza doktor Iwaniszewski. He, he, he... Wielką piramidę, 2,5 miliona kamiennych bloków ułożono jeden na drugim też tylko po to, by wyrazić odwieczne pragnienie ludzkości... No i curiosum - "zmiany kalendarza prowadziły do wojen". Coś w rodzaju słynnego - człowiek wymyślił sztukę, bo zaczął się nudzić z nadmiaru wolnego czasu. To jednak może tłumaczyć wielkie opory przed wprowadzeniem kalendarza światowego, który od lat czeka na zastosowanie, leżąc w przepastnych szufladach ONZ.

Nie dajmy robić sobie wody z mózgu, choć tak chcą niektórzy na'uczeni. Artykuł ten, to zwykła "szpachlówka" sezonu ogórkowego napisanego na zasadzie - zostało miejsce, macie coś? Napisano go chyba po to, by uświadomić nam, że polska nauka jeszcze istnieje. Polska archeoastronomia, co prawda, zaistniała w nim ale w żałosnym stylu. Zachowano poprawność w stosunku do ewolucji jako jedynie słusznej ideologii naukowej i zgodnie z doktryną nie wprowadzono nic nowego, a tym bardziej rewelacyjnego. Jak twierdzi doktor Iwaniszewski - "Panowanie nad Słońcem, Księżycem czy gwiazdami daje władzę". Może dlatego dzisiejsi astronomowie są tak sfrustrowani. Swoją drogą, stwierdzenie godne Stwórcy, dziwnie jednak brzmi w ustach darwinisty.

Pani redaktor należy wybaczyć. Kobieta napisała to, co jej podyktowano, a dziś praca w Polsce jest warunkiem przeżycia.