ATOMOWE WOJNY W STAROŻYTNOŚCI

K
iedy w roku 1959 prof. Matwiej Agrest, a po nim czeski autor literatury faktograficznej dr Ludvik Souczek (a za nimi cała rzesza innych autorów) wystąpili z hipotezą, że biblijne miasta Sodoma i Gomora zostały zniszczone w drugim tysiącleciu przed Chrystusem przez wybuchy jądrowe - wywołało to burzę niezgody w środowisku naukowców. Kościół katolicki potępił to jako kacerstwo, a specjaliści zostali wzburzeni w najwyższym stopniu. Prof. Agrest, który jest ojcem tej hipotezy o zniszczeniu obydwu tych miast przy pomocy eksplozji jądrowych, opiera ją na analizie biblijnego tekstu. Według niego, szło o tragiczny efekt likwidacji nadmiaru materiałów radioaktywnych przez Kosmitów, którzy za wszelką cenę (i słusznie!) nie chcieli pozostawić ich na naszej planecie, której mieszkańcy nie posiadali osłon antyradiacyjnych.

Mówi Agrest: Według opisu biblijnego, wniosek ten jest więcej, niż prawdopodobny. Kosmici polecili Lotowi i jego rodzinie, aby się ukryli w górach, gdzie znajdowały się jaskinie. Tam byli doskonale zabezpieczeni przed promieniowaniem radioaktywnym - był to bowiem doskonały, naturalny schron przeciwatomowy. W roku 1966, amerykański egzobiolog Carl Sagan rozważał możliwość atomowego zniszczenia Sodomy i Gomory, którą to myśl nazwał: Zupełnie sensowną i godną głębokiej analizy. Nawet taki przeciwnik i krytyk archeoastronautyki, jakim jest Gunnar von Schlippe musiał przyznać, że: Jeżeli idzie o zniszczenie Sodomy i Gomory, to rzeczywiście można je porównać z działaniem bomb jądrowych. Dr Ludvik Souczek w swej książce "Przeczucie cienia" dołącza krótką notatkę współczesnego komentarza do tej partii starotestamentowego tekstu:

    Lota obronili dwaj aniołowie, którzy go ostrzegli przed katastrofą i przykazali mu ucieczkę w góry, nie oglądając się za siebie, co jest całkiem dobrą radą, mając na względzie szkodliwe działanie impulsu świetlnego wybuchu nuklearnego.

    Lot odpowiada równie dziwnie: "... boję się, że to zło przeniknie do mnie i mnie uśmierci". Pan przyrzekł (w Księdze Mojżeszowej) zniszczyć Sodomę i Gomorę siarką i ogniem, a zatem jej mieszkańcom groziło: poparzenie, spalenie, zatrucie bądź uduszenie dymem czy gazami - komentuje biblijny opis dr Souczek - W żadnym z tych wypadków nie jest logicznym mówienie o "źle, które przenika", bez przypomnienia promieniowania przenikliwego. Lot wie o tym, że promieniowanie jest szkodliwe dla zdrowia i obawia się o to, by nie został porażony promieniście, zanim dostanie się pod osłonę gór.

    Ciekawym jest także opis samej katastrofy: "Widziałem występujący z ziemi dym, jak dym z pieca. Wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia... I zniszczył trzy miasta i całą okolicę Jordanu, ze wszystkimi ich mieszkańcami i wszelką polną roślinnością". Dym z ziemi dość dokładnie przypomina grzyb po eksplozji jądrowej - tak kończy swą analizę jądrowego wybuchu nad Sodomą i Gomorą dr Ludvik Souczek. W tzw. "Zwojach znad Morza Martwego", które ukryła sekta Esseńczyków, w jaskiniach Cirbet Qumran na pn - zach. brzegu Morza Martwego, na południe od Jerycha, przed legionami cezara Wespezjana (69-79) tak opisuje się w tym najstarszym hebrajsko-aramejskim tekście "Starego Testamentu" zagładę Sodomy i Gomory: Podźwignął się słup z dymu i prochu, podobny do słupa dymu, co wychodzi z wnętrza Ziemi. Zasypał Sodomę i Gomorę deszczem siarki i płomieni, zniszczył miasta, całą nizinę, wszystkich mieszkańców i całą roślinność... Lot mieszkał w Segor, a potem przeniósł się w góry, bał się pozostać w mieście. Ludzi przedtem ostrzeżono, by opuścili miejsca przyszłej eksplozji, żeby nie patrzyli na wybuch i skryli się pod ziemią. Uciekinierzy, którzy się obejrzeli - oślepli, a potem zmarli.

A gdzie są dowody? - mógłby ktoś spytać. - Czy znaleziono jakieś ślady po wybuchu atomowym? - Dziś wiemy z całą pewnością, że tak. Dyrekcja Egipskiego Instytutu Atomowego potwierdziła, że w miejscach, gdzie zniszczono te kaanaeńskie miasta znaleziono zwiększoną ilość izotopów o bardzo długim okresie półrozpadu: 32Si=100 lat, 44Ti=47 lat, 53Mn=3,7 mln lat, i wiele innych. Nie idzie tutaj bynajmniej o radioaktywne tło ziemi i minerałów w tych miejscach, a o sztucznie wytworzone izotopy niewystępujące normalnie w przyrodzie! Możemy to spokojnie zapisać po stronie "za" hipotezie głoszącej, że Ludzkość w okresie Starożytności miała kontakt z Broniami Masowego Rażenia (dalej BMR). W tej chwili jest na to trudno odpowiedzieć, ale na korzyść tej hipotezy przemawia wiele innych wskazówek, poszlak i przesłanek.

Według podręczników historii wojskowości, armie Starożytnosci posiadały całkiem niezły arsenał broni, na który to arsenał składały się głównie: kopie, oszczepy, topory bojowe, miecze, młoty bojowe, łuki i strzały, tarcze, puklerze, hełmy i inne opancerzenie. Jako broń - i to uderzeniową - wykorzystywano tresowane słonie, a gdzieś na Wschodzie w pewnej bitwie wypuszczono na nieprzyjaciela w charakterze broni... wygłodzone lwy! Do zdobywania twierdz używano taranów, wież oblężniczych i różne machiny miotające (baro- i neurobalistyczne) balisty i katapulty. Jakość i ilość uzbrojenia zależała zawsze od stopnia rozwoju gospodarczego w tym, czy innym czasie. I tu zaczynają się problemy. Według tego, czego nas uczą historycy, starożytne armie rozwalały sobie łby siekieromłotami, a ich wojownicy poza tym siekli się i kłuli broniami siecznymi i kolnymi. A jednak studiując tameczne źródła rzuca się w oczy niezwykłość używanych broni, która całkiem wymyka się tradycyjnym wyobrażeniom o technologiach uzbrojenia.

I tak np. sanskrycki epos "Mahabharata", czyli "Epos o Bharatach", który Hindusi przypisują legendarnemu Viasie - zawiera coś, co daje nam do myślenia. Między 10 tysiącami kupletów przeplatanych prozą, podzielonej na 18 ksiąg, znajdujemy opis boskiej broni Indry, o której epos mówi tak:

    W boju, kiedy owa broń palić zaczęła, zachwiała się ziemia, wraz z drzewami zadrżała
    Wylały rzeki i wzburzyły morza, pękały góry i skały, dzikie wiatry wiały
    Ognie pogasły, przygasły słoneczne promienie - Ardżuno! Ardżuno! - nie używaj cudownej broni!
    Nie można jej używać tak, bo jest ona niebezpieczna!
    Można ja użyć tylko w skrajnym niebezpieczeństwie...
    Przecież użycie tej strasznej broni grozi zgubą wszystkiemu, co żyje!...
Akademik prof. B. L. Smirnow w komentarzu do tego tekstu w rosyjskim przekładzie "Mahabharaty" tak dodaje do tego cytatu następującą myśl: Doprawdy, człowiek musi się zastanowić nad wysoką moralnością i odpowiedzialnością tego narodu, który przed dziesiątkami wieków wykazał się nie tylko odwagą zadania sobie pytania o granice użycia broni absolutnej, ale także jej uzasadnienie. Jakaż to była broń, którą można by porównać do znanych nam broni z arsenału BMR? W innym miejscu "Mahabharaty" czytamy: Potężny Gurkha wypuścił z pokładu swej vimany jedną, jedyną strzałę przeciwko przelatującemu trójmiastu. I podźwignął się w nieskończonym żarze jasny obłok, jaśniejszy od tysiąca słońc i zamienił miasta w popiół. I kiedy Gurkha opuścił się swym wozem ku ziemi, jego wóz stał się podobny do lśniącego kawałka antymonu... Czytelnicy już z całą pewnością słyszeli to porównanie: Jaśniej, niż tysiąc słońc, użyte w książce Roberta Jungka - "Heller als der Tausend Sonnen", opisującej powstanie i użycie pierwszej bomby jądrowej - porównanie to wzięto z najstarszego utworu literackiego Indii!

Inny tekst mówi o apokaliptycznym wybuchu jeszcze sugestywniej: Była to błyszcząca strzała, płonąca, ale nie wydająca dymu. Wystrzelono ją na nieprzyjaciela i wszystko spowiła gęsta mgła. Zakręciły się, zawirowały jadowite wiry. Z potwornym hukiem podniosły się obłoki i wzbiły pod niebiosa. Wydawało się, że Słońce się zakołysało. Cały świat spalił żar wybuchu, jakby od wielkiego upału. Tysiące wozów, dziesięć tysięcy mężczyzn i słoni obróciło się w proch i popiół... Po zakończeniu zażartych walk zniszczono ostatnią nieużywaną broń, która wyglądem przypominała: Metalową strzałę, o wyglądzie ogromnego posła śmierci. Bohater nakazał swym ludziom, aby starli ją na drobny proch.

W innym miejscu Mahabharaty mówi się o tym, że owa broń jest w stanie - uwaga! - Ukarać ziemię dwunastoma laty niepłodności i zabijać płody w ciele matki (!!!) - co dość dokładnie odpowiada naszej wiedzy na temat napromieniowania i jego skutków letalnych w postaci choroby popromiennej u ludzi i zwierząt, które to promieniowanie powoduje m.in. uszkodzenia płodów czy radiogenne mutacje letalne.

A oto ciąg dalszy dance macabre: Wyleciała jedyna strzała. Do białości rozżarzony słup dymu, jasny jak dziesięć tysięcy słońc podniósł się w straszliwym ryku... Była to nieznana broń, żelazna strzała, gigantyczny posłaniec śmierci, który zmienił w popiół cały naród Viszniów i Andhaków... Ciała ich były spalone nie do poznania. Ich włosy i paznokcie poodpadały, gliniane garnki popękały z nieznanej przyczyny, a ptaki zbielały. Po kilku godzinach cała żywność została skażona...(!!!) Ta silna broń odrzuciła wielką ilość wojowników wraz z ich końmi i słoniami oraz z bronią, jakby to były nędzne liście z drzew...

Zbieżność opisów atomowych wybuchów i ich skutków biologicznych z sanskryckich tekstów jest więcej, niż oczywista! Epos podaje też pewne informacje o sposobach ochrony przed tymi broniami - mówi na marginesie "Mahabharaty" dr Ludvik Souczek - Ta broń jest w stanie zabić tych wojowników, którzy mają na swym ciele metal. Kiedy wojownicy dowiedzieli się, że ta broń ma zostać użyta, to zdejmują z siebie wszystko, co metalowe, po wybuchu wskakują do rzeki, by obmyć siebie i wszystko, czego się dotknęli. Nie jest to nadmiar dbałości o higienę, bo w przypadku zaniechania tych czynności, ludzie porażeni działaniem tej broni tracą włosy i paznokcie, a wszystko co żyje blaknie i słabnie...

Wskazówki, co do strategii przeżycia po uderzeniu bronią jądrową są mniej ozdobne, ale mówią dokładnie, co zrobić, by przeżyć. Wzmianki o podobnych BMR znajdujemy także gdzie indziej. Apolloniusz z Rodos w dziele "Argonautyka" pisze o metalowych ptakach bombardujących okręt Argonautów metalowymi strzałami. Do dziś dnia nie jest znana przyczyna strategicznego fiaska genialnego wodza Aleksandra Wielkiego Macedońskiego (356-323 pne.), które polegało na ściągnięciu armii z Indii, w odwrocie - który bardziej przypominał paniczną ucieczkę. Flavius Filostratos tą porażką armii Aleksandra tłumaczy złymi doświadczeniami żołnierzy Macedończyka z hinduskimi broniami: "Ogniem Bharavy - z gromami i błyskawicami mogącymi zniszczyć przeciwnika nawet poza murami obronnymi miast" czy "metalowymi strzałami napędzanymi płomieniami" - antenatami dzisiejszych wieloprowadnicowych czy wielolufowych miotaczy rakietowych pocisków a'la rosyjska Katiusza...

Aleksander przy odwrocie od Indusu ku Bander-e-Shapur w południowo-wschodnim Iranie stracił 3/4 żołnierzy ze swej ogromnej, jak na owe czasy, 200 tysięcznej armii, której większość maszerowała starą trasą karawanową na Persepolis. Był to smutny koniec jego, z początku tryumfalnego, marszu długiego na 40 tysięcy km, a którego długość odmierzali bemanistae - krokoodmierzacze, jak nazywano geografów Aleksandra Wielkiego. Po porażce z hinduskimi broniami, dni Aleksandra były już policzone i przez ostatnie dwa lata swego życia trawił gorzko swą przegraną na Wschodzie... Tybetańska kronika "Dzyan" zaś mówi o tym, jak to przed tysiącami lat przybyły na Ziemię jakieś istoty w metalowym statku. Osiedliły się one na niej, ale dzięki wzajemnej niezgodzie doszło do krwawych konfliktów. Władca podwodnego miasta wraz ze swymi wojownikami wzleciał w powietrze w ogromnej kuli. Kiedy podlecieli na odległość dobrej widzialności nieprzyjaciela i jego miasta, wystrzelili weń wielką świetlistą kopię, która niosła się na słonecznym promieniu. Miasto eksplodowało w ognistej kuli, która wyleciała pod niebo. Wszyscy byli straszliwie poparzeni. Ci, którzy patrzyli na kopię i ognistą kulę, w którą się zmieniła - oślepli, a ci, którzy weszli do zniszczonego miasta - wkrótce zmarli. Kiedy władca ujrzał, co zrobił i do jakiej katastrofy doszło, zebrał swych poddanych do statku latającego, czy nawet kilku, te wzniosły się w niebo i już nigdy nie powróciły. Tyle starotybetańska kronika.

Systematyczną analizą starohinduskich systemów BMR od dłuższego czasu zajmuje się znany czeski autor inż. Ivo Wiesner takich książek, jak m.in. "Predpeklie raje I-III", "Svetlo davnych vekov" i "Narod v lene bohov". Na podstawie danych zawartych w książce prof. V. R. Diksitara podzielił on hinduskie systemy BMR następująco:

SYSTEMY BRONI WYKORZYSTUJĄCYCH SIŁY NATURY

Valavja - broń emitująca silne uderzenia wiatru - tornada - niszczące spore powierzchnie ziemi.
Varuna - BMR wywołująca burze i powodzie.
Vadjra - generator piorunów kulistych, nie mający odpowiednika we współczesnych arsenałach.

SYSTEMY BRONI TECHNOGENNYCH

Brahmashiras - anihilacyjna BMR, termojądrowy ładunek uwalniający ogromną ilość energii dzięki fuzji ciężkich jąder atomowych.
Brahmadanda - rakieta z głowicą neutronową.
Pashupata - wielolufowy miotacz rakietowy strzelający rakietami z konwencjonalnymi głowicami.
Chakra - latający dysk z siedmioma ostrymi grotami, napędzany silnikami rakietowymi na obwodzie.
Narajana - ówczesny odpowiednik dzisiejszej bomby kasetowej.
Anthardhana - broń dezorientująca wroga, łamiąca jego morale i powodująca utratę świadomości.

W tej wyliczance moglibyśmy dojść bardzo daleko - ich lista sięga kilku stron w książkach Diksitara i Wiesnera - a nie mówiliśmy jeszcze o zasadach użycia tych broni, co jest dziedzina wiedzy zwana Astravidia, a której opanowanie pochłaniało aż pięć lat intensywnego szkolenia! Stając twarzą w twarz z sanskryckimi tekstami możemy - według dr Władimira Rubcowa przyjąć cztery podstawowe hipotezy:

    Legendy o broni, której nic się nie oprze, możemy uważać za zwyczajny mit-horror, bez żadnej realnej podstawy.
    Realną podstawą tych legend jest istnienie nie standartowych broni, których technologia była ściśle tajna i utrzymywana w najwyższym sekrecie, a ich działanie dla naszych przodków było tym, czym dla nas zniszczenie Hiroszimy. Chodzi tutaj np. o bojowe środki zapalające, czyli tzw. "grecki ogień" oraz rakiety na czarny proch, oddziaływanie tych ostatnich było czysto psychologiczne i jako takie zaliczały się bardziej do NLW a nie BŚZ.
    Istnieje prawdopodobieństwo, że w Starożytności na półwyspie Dekan istniała wysoko rozwinięta cywilizacja, która znikła z powierzchni Ziemi wskutek nienaturalnej katastrofy. Owa cywilizacja mogła pozostawić po sobie ślady w legendach o BMR, z którymi zapoznali się twórcy "Mahabharaty".
    Możliwym jest, że w odległej przeszłości, pomiędzy Ziemią a odległymi cywilizacjami kosmicznymi istniała bilateralna czy nawet multilateralna więź, dzięki czemu na naszą planetę dostały się próbki wytworów Obcych Cywilizacji.
Co do prawdziwości hipotez trzeciej i czwartej, to świadczą one za nimi nie tylko antyczne teksty, ale także poszlaki i dowody wprost o użyciu BMR w zamierzchłych czasach Ludzkości. Inż. Wiesner i prof. S. K. Trikha z Uniwersytetu w Dehli w czasie prac wykopaliskowych na równinie Kurukshera - jednym z pól bitewnych w bratobójczej wojnie Bharatów opisanym w "Mahabharacie" - stwierdzili podwyższone tło promieniowania radioaktywnego Ziemi, podobnie jak w podziemnych sztolniach służących za schrony. Dr Ludvik Souczek sformułował na początku lat 70-tych XX wieku teorię, wedle której dwa kwitnące miasta starożytnych Indii: 40 tysięczna Harappa i Mohendjo-Daro nie były zniszczone przez atak plemion Ariów, jak to się dziś przypuszcza, ale początkiem ich zaniku była jakaś silna eksplozja - a raczej katastrofa mająca związek z eksplozją - której epicentrum znajdowało się około 140 km od Mohendjo-Daro. Kataklizm ten odwrócił bieg rzeki Indus, tak że pod wodą i bagnem znalazły się obie metropolie i sąsiednie osady, zaś ich mieszkańcy wyemigrowali do Gudjataru, zaś aryjscy koczownicy przybyli z północnego-wschodu i dokończyli dzieła zniszczenia.

Dzisiaj ta souczkowa hipoteza się potwierdziła - badania archeologiczne przyniosły informację wielce frapującą - otóż okazało się, że katastrofa stała się w mgnieniu oka, a glina w ruinach miast była wypalona temperaturami o wysokości 1400-1600°C! Badacz S. de Camp stwierdził, że domy były wyeksponowane na niesłychanie wysoką temperaturę, gdy odnalazł takie miejsca, gdzie kamienie były nadtopione, a co większe z nich zlewały się ze sobą! W okolicy tych zwitryfikowanych kamieni de Camp odkopał ludzki szkielet, który był 50 razy bardziej radioaktywny, niż gleba w jego okolicy. (!!!) Jak pisze Walter Jörg Langbein, włoski badacz hinduskiego pochodzenia David W. Davenport znalazł na obszarze występowania protoindyjskiej, harappskiej kultury w prowincji Sindh (Pakistan) bezsporne dowody na atomowe wybuchy sprzed tysiącleci: Mohendjo-Daro, jedno z najstarszych miast świata, było zniszczone bombami atomowymi. Na obszarze miasta o powierzchni około 1 kilometra kwadratowego, we wschodniej i wyższej części zamieszkałej dzielnicy znaleziono około 30 tysięcy znacznie zniekształconych ludzkich kościotrupów, które były poddane działaniu wysokich temperatur. Zgodnie z poglądami D. W. Davenporta, kiedyś nad centrum Mohendjo-Daro eksplodowała co najmniej jedna bomba jądrowa: "Kiedy w 1927 roku nasze wykopaliska sięgnęły poziomu ulic Mohendjo-Daro, wraz z archeologami natknęliśmy się na straszliwe znalezisko - 44 szkielety ludzkie, które leżały twarzami do dołu na głównej ulicy, jakby powalone straszliwie silnym uderzeniem w plecy przy rozpaczliwej, panicznej ucieczce. Jest czymś oczywistym, że ta kwitnąca metropolia nad Indusem musiała zginąć w jakiejś okropnej katastrofie".

W przypuszczalnym epicentrum wybuchu znaleziono zeszklone kamienie i szczątki roztopionej ceramiki - w kierunku od epicentrum skutki działania wysokiej temperatury malały i znajdowano także szkielety ludzkie. Mówi Davenport: W okręgu jakichś 50 m od epicentrum przypuszczalnego wybuchu kamienie i cegły przeszły proces topienia. W okręgu 60 m cegły były stopione tylko z jednej strony, a materiał ten później się skrystalizował. Głównym, rzekłbym, koronnym argumentem na poparcie teorii Davenporta jest odkrycie, o którym musiałem przeczytać kilka razy pod rząd, bowiem byłem przekonany, że mnie wzrok myli - po przeprowadzeniu pomiarów naturalnego tła radioaktywnego Ziemi w tym rejonie zabrano się za badanie kości ludzkich i liczniki Geigera-Müllera po prostu oszalały. Dlaczego? Ano dlatego, że kości te były silnie radioaktywne - tak radioaktywne, jak kości ofiar atomowego ataku na Hiroszimę i Nagasaki!!! Fakt stwierdzenia wysokiej radioaktywności tych szczątków ludzkich potwierdza także członek AN ZSRR dr M. Dimitriew: Nawet po okresie 4000 lat są to najbardziej radioaktywne szkielety - i prawdą jest, że tak bardzo, jak kości ofiar Hiroszimy i Nagasaki.

Niemniej ciekawymi są okoliczności, które towarzyszyły zanikowi najstarszej cywilizacji Mezopotamii. W literaturze specjalistycznej możemy sobie poczytać, jak to państwo Sumeru padło, kiedy zostało zaatakowane około roku 1950 pne. z północy przez Amorytów a od wschodu przez Elamitów. Ale to nie wszystko. Około roku 1700 pne. znikła ostatnia wzmianka o Sumerze i Sumerach, i dziwnym jest to, że stało się to akurat w tym samym czasie, kiedy o kilka tysięcy kilometrów na wschód znikły miejskie aglomeracje Mohendżo-Daro i Harappy... Znany asyrolog Zacharia Sitchin, znany ze swych kontrowersyjnych teorii o dziejach Bliskiego Wschodu, analizuje w swej pracy "Wojny bogów i ludzi" tabliczki klinowego pisma, które opisują katastrofy poprzedzające zniknięcie ostatnich miast Sumeru. Wspomina się tedy w nich o "przyjściu niewidzialnej śmierci" w kształcie obłoku gnanego "złym wiatrem", który to obłok przykrył całą krainę "jak płaszcz, a raczej śmiertelny całun pokrył całe miasta". Jego kolor był "czerwony jak słońce na zachodzie, ale przesłonił prawdziwe słońce, a gorący dech bogów przychodzący z zachodu przenosi ciemność z miasta do miasta." Obłok ten powstał, jak to czytamy, z "oślepiającej błyskawicy znad Zachodnich Gór (tj. półwyspu Synaj), na równinie, bez miłosierdzia, w bliskości morza" - tj. w pobliżu zatoki Ejlat (Izrael): Gigantyczny żar wystrzelił ku niebu, ziemia się zachwiała, a wielcy bogowie pobledli... Mało który naród miał poetów, którzy wyśpiewywali swój żal nad jego zgubą. Nie mieli ich starożytni Egipcjanie, dlatego że zmarli powoli, nie gwałtowną śmiercią, nie mieli ich Hetyci, bo zginęli jakby rażeni piorunem, nie maja ich Kartagińczycy, bo Rzymianie nie dali im na to czasu, nie mieli ich Asyryjczycy ani Babilończycy - pisze w swym nekrologu na nagrobek kultury Sumeru dr Vojtech Zamarovsky w swej znakomitej pracy.

Dr Zamarovsky chciał tymi słowami wyrazić to, że Sumerowie wynaleźli oryginalny gatunek literacki, którym dramatycznie wpisali się do złotej księgi światowej literatury - były to "lamentacje" nad zagładą swych ostatnich miast, które porównywali do ostatnich kwiatów umierającej kultury... A te "gorzkie żale" czy "narzekania" są z pewnego względu dla nas niezmiernie ważne. W "Lamencie nad Eridu" opisuje się miasto, które było "zaduszone w milczeniu". Trupy mieszkańców leżały grupami na ulicach, prawie identycznie, jak w Mohenjo-Daro. W "Lamentacjach nad Nippur" znajdujemy coś podobnego: Martwi zapełniali ulice miasta, trupy leżały na jego kiedyś tak pięknych ulicach, na których za życia tak chętnie się przechadzali - teraz wszyscy tu leżeli nieżywi... Największym z tych elegijnych poematów, o objętości około 450 wersów, pod nazwą "Lamentacja nad Ur" jest wedle naszego punktu widzenia nie tylko płaczem poszkodowanej ludności nad ludźmi, przeciwko którym obrócili się ich właśni bogowie, ale także krzykiem przerażenia, rozpaczy i bezsilności przeciwko eksplozji bomby jądrowej.

Czytamy zatem: Wtedy dobry wiatr odszedł, a na miasto spadły troski i bieda - ojciec Nannar, miasto biednym było: lud płacze. Jego mury popękały: lud narzeka! I dalej: W głównej bramie miasta, która ludzie doń wchodzili, leżą trupy. Na przestronnych placach, gdzie działy się wielkie wydarzenia - leżą zabici. Przed świątyniami, gdzie odbywały się wielkie uroczystości - leżą stosy trupów. Krew leje się na ziemię, jak brąz i ołów do pieca. Trupy, jak owcze sadło, rozkładają się na słońcu... Kto się ośmielił stawić opór, ten został porażony bronią. Kto ratował się ucieczką, tego zmiotła burza. Silny i słaby zginął w Ur. starcy, którzy zostali w mieście, ginęli w ogniu. Nawet niemowlęta w łonie swych matek - zabrała woda, jak ryby... Krótko potem sumeryjska cywilizacja uległa naporowi Elamitów, którzy złamali jej kark. To był raczej coup de grace - cios litości zadany umierającej krainie, przez którą przeleciał "wiatr śmierci", o którym piszą lamentacje.

Także w hetyckim mieście Hattushas (Hattuszas) - centrum i stolicy cywilizacji Hetytów, którego ruiny odnaleziono w Boghazkoy, leżącego w odległości około 150 km na wschód od Ankary (Turcja), znajdujemy także ceglane ściany domów, stopione do czerwonawej masy... W tym mieście ani jedna budowla nie ostała się straszliwemu żarowi. Zapytajmy się, co takiego stało się około roku 1200 pne., kiedy życie tej ludnej metropolii zostało nagle przerwane wskutek jakiegoś ataku, przed którego siłą i brutalnoscia nie uchroniły go ani grube ceglane mury, których grubość przy fundamencie wynosiła 7 m! Hattushas nagle, z dnia na dzień, zmienił się w kupę gruzów, i dopiero po upływie kilku stuleci ponownie zamieszkali tu ludzie, których starofrygijskie miasteczko utrzymało się aż do czasów hellenistycznych.

A co się stało kiedyś, w starożytnej Irlandii, gdzie do dziś dnia możemy na kamiennych murach twierdz Dundalik i Ecos zobaczyć witryfikację spowodowaną gwałtownym skokiem temperatury? A to jeszcze nie wszystko, bo coś podobnego można znaleźć na szczycie wysokiej na 616 m npm. góry Tap O'Noth w Aberdeenshire (Szkocja), gdzie wspaniała górska twierdza zbudowana z ogromnych głazów zamieniła się w czarna masę, spieczoną ekstremalnie wysoką temperaturą, która była tak wysoka, że stopiona szlaka skalna spływała promieniście ze szczytu i tężejąc tworzyła sople na kształt stalaktytów. (!!!) Agnosco veteris vestigia flammae - poznaję ślady wielkiego ognia - mówi kartagińska królowa Dydona w wergiliuszowskiej "Eneidzie", a te słowa powiedziane w innym czasie i innym miejscu, doskonale pasuja do naszej zagadki. Pradawne fortyfikacje (przez kogo i przeciwko komu zbudowane?) były zniszczone nagłym i silnym impulsem udaru termicznego - przy czym witryfikacja, czyli zeszklenie kamienia, przebiegała od góry - są rozsiane na całym terytorium Wysp Brytyjskich, a także we Francji i Niemczech. Zwitryfikowane powierzchnie kamienne możemy zobaczyć także w inkaskiej twierdzy Sacsayhuaman nad dzisiejszym Cusco, około 4000 m npm. w południowych Andach Peruwiańskich. Tutaj poza udarem termicznym działała jeszcze jakaś nieznana siła, która wyrwała ze ścian bloki kamienne, i ułożyła na stosy, jak pudełka zapałek. W 1898 roku, opublikowałem apologię katastroficznej teorii przeciwko krytyce niektórych autorów, którzy czerpali korzyści z hołdowania marksistowsko-leninowskiemu światopoglądowi. Polemika ukazała się w grudniu 1989 roku, co przysporzyło mi kupę problemów, a które nic nie straciły ze swej aktualności aż do listopada 1997 roku. Przez te osiem lat moje argumenty nic nie straciły ze swojej wagi, pozwolę sobie tedy zacytować cały mój artykuł en block:

Atomowy atak na Sacsayhuaman?

Dr Ludvik Souczek w swej książce "Tuszeni stinu" pokazuje artefakty po straszliwych katastrofach - jądrowych wybuchach w dawnej historii. Wskazuje on na m.in. nadtopione mury obronne stolicy Hetytów - Hattushas, mury prawiecznych twierdz w Irlandii, zeszklone powierzchnie ogromnych głazów w górskiej twierdzy Sacsayhuaman... Zdenek Kukal i Jaroslav Malina w książce "Zmierzch magów" maja wszak inny pogląd na tą sprawę: Takie znaleziska archeolodzy znajdują bardzo często. Idzie tu o resztki spalonych obiektów, co wykazano doświadczalnie. Jak się obłoży kamienne mury szczapami drewnianymi i zapali, to może się roztopić nawet kamień. I tak np. mur obłożony kłodami drewnianymi zostanie po ich spaleniu dosłownie zeszklony. To są znane rzeczy - archeolodzy angielscy przeprowadzili podobne eksperymenty 50 lat temu, a radzieccy - 15 lat później...

W innej pracy Maliny znajdujemy podobną informację: Od czasu do czasu są znajdowane mury obronne, fortyfikacje, bastiony itp., które zbudowano z kamienia gładzonego, a które tak wyglądają, jakby były zeszklone. I tak wynika pytanie, czy kamień może być stopiony przez zwyczajny płomień. Odpowiedź na to pytanie uzyskali przed pół wiekiem brytyjscy archeolodzy. Zrobili oni model muru obronnego, jakie były stawiane w epoce żelaza w Irlandii i Szkocji. Ściany muru zbudowali z kamienia ciosanego poprzekładanego drewnianymi legarami oraz spojonych gliną z szutrem bazaltowym. Potem model ten obłożono ze wszystkich stron drewnem i podpalono. Po trzech godzinach mury popękały, a wnętrze rozżarzyło się do czerwoności, zaś spodnie warstwy bazaltu i gliny spiekły się i zeszkliły, że przypominały dość dokładnie masę kamienną znajdowaną w okolicach twierdz. Wyżej wymienieni krytycy: Kukal, Malina i Malinová na bazie wyników tego eksperymentu próbują obalić hipotezę dr Souczka twierdzącą, że to właśnie wybuchy jądrowe lub termojądrowe doprowadziły do witryfikacji skał i murów dawnych celtyckich twierdz.

Z ich poglądami możemy polemizować. W 1888 roku, archeologiczny triumwirat: Human - Winter - Luschan odkrył w okolicach dzisiejszej wsi Boghazkoy mury warowne stolicy Hetytów. Grubość murów hetyckiego miasta Zindżirli wynosiła aż 4 m. Trudno sobie wyobrazić, by 4-metrowej grubości mur został stopiony dzięki podpaleniu kawałków drewna czy wiązek chrustu!!! Podobna sytuacja czeka nas, kiedy będziemy analizowali stopienie murów inkaskiego Sacsayhuaman, leżącego na wysokości 4000 m npm. ... Budowa twierdzy zaczęła się za panowania Inki Yupanque'ego, a ukończona została za panowania Inki Huayana Capaca. Kamienne bloki trzech wałów są do siebie idealnie dopasowane, a największy z nich waży 150 ton! I jak się wam teraz przedstawia hipoteza o wiązkach chrustu? No, ale żeby powierzchnia takich głazów mogła się zeszklić, to potrzeba było kilkaset ton drewna naniesionego i położonego na murach. Gdzie go zbierzemy?... Rzecz bowiem w tym, że roślinność na płaskowyżu Altiplano jest bardzo uboga - wysokogórska - i nigdy nie była ona bogata! To naukowy pewnik! Vaclav Szolc tak o tym pisze: Tutaj prawie nic nie rośnie. Zielone są jedynie poletka Indian w dwa miesiące po zakończeniu się pory deszczowej - potem już niczego nie ma, jeżeli nie liczyć długiej i szorstkiej trawy, i od czasu do czasu kępek ostów. I co? - na El Dorado to-to nie wygląda?

I jeszcze jedna obiekcja natury - rzekłbym - militarno-organizacyjnej - otóż jej zdobywcy musieliby wnosić paliwo po stromych stokach 4000-metrowej wysokości płaskowyżu, w rozrzedzonym powietrzu, pod nieustanną ulewą strzał kamieni i innych pocisków obrońców. Jak oni to zrobili? Nie byliby w stanie nawet dojść do podnóży murów obronnych twierdzy. Nie mówiąc już o takim drobiazgu, ze w twierdzy wody było pod dostatkiem, a jedna z wież - zwana "Okrągłą" miała własne, autonomiczne od sieci wodnej Sacsayhuaman, źródło! Jak widać "wyjaśnienia" podane przez "krytyków" souczkowskiej teorii są zupełnie nieprzekonywujące i naiwniejsze od nienaukowych teorii. Mam wrażenie, że podobne argumenty pióra różnych poważnych badaczy wydają się być jedynie parodią naukowych hipotez, usiłujących wyjaśnić to, co niewyjaśnione. Złożoność tej problematyki w całej jej rozciągłości najlepiej wyraził rosyjski badacz Władimir Kuzmiszczew w swej książce "Złote państwo Inków", w której pisze on tak: Jakiż był zamiar architekta budującego tą twierdzę, jeżeli nie ukazanie wielkości Inków? Jak to możliwe, że Inkowie, którzy dziś nas zadziwiają swym praktycyzmem, doprowadzonym do perfekcji, iż stał się on prawem życia codziennego, zgodzili się na jego realizację? Synowie Słońca z Tawantinsuyu mieli dość wrogów za granicą Imperium Inków, przede wszystkim w czasach Pahakutiego i Tupaca Inki Yupanki. Było dosyć także i tych, którzy uprzejmie wątpili w historię Synów Słońca, którą Inkowie tak usilnie propagowali. I nie od rzeczy byłoby zadać pytanie przeciwko jakim broniom, przeciwko jakim wojskom postawiono gigantyczne mury Sacsayhuaman?...

W roku 1867, amerykański pisarz Mark Twain (1835-1910) opisał resztki świątynnej wieży w Borsippa: ... osiem okrągłych stopni-tarasów, z których dwa stoją do dziś dnia - gigantyczna budowla z cegieł, która zapadła się po trzęsieniu ziemi, spalona i na pół stopiona piorunami rozgniewanego boga. Ruiny tej budowli, jak możemy przypuszczać, są stopione nie tylko od zewnątrz, ale także w środku. Badacz E. Zehren do tego dodaje: Nie można wyjaśnić tego, skąd się wziął taki silny żar, który nie tylko wyżarzył, ale i roztopił setki palonych cegieł i wyżarzył całe wnętrze wieży, które jest teraz jedną masą przypominającą stopione szkło. A propos szkła - jak już jesteśmy przy szkle - w kairskim muzeum znajduje się fragment tzw. "libijskiego szkła", które powstało wskutek stopienia piasku kwarcowego. Znaleziono je w odległości 800 km na pd-zach. od Kairu, na powierzchni 136×56 km i podejrzanie podobne jest do zielonkawego szkliwa, które powstało w wyniku wybuchów jądrowych na amerykańskim poligonie atomowym w Nowym Meksyku! Wspomniany już tutaj inż. Ivo Wiesner twierdzi, ze wytworzenie takiej szklanej płyty o powierzchni 7,5 tysiaca kilometrów kwadratowych, którą znaleziono na Pustyni Libijskiej, pochłonęłoby aż 2,6 mln ton ropy naftowej, co odpowiada energetycznemu ekwiwalentowi eksplozji bomby termojądrowej o wielkiej mocy: Bilans energii wskazuje jednoznacznie, że zeszklenie takiej ilości piasku kwarcowego na tak wielkiej przestrzeni nie da się wyjaśnić inaczej, jak użyciem broni jądrowej

Fragmenty niezwykłych informacji, z którymi się zetknęliśmy i jeszcze się zetkniemy na stronicach tej książki, tworzą wielce zajmującą mozaikę, wedle której granica czasowa używania czy też nie używania - jak kto woli - broni jądrowej, cofa się do dalekiej przeszłości. Do tego puzzla możemy dołączyć jeszcze informację podaną przez egipski dziennik "Al-Ahram" z dnia 18 maja 1992 roku. Pisze się w niej, że zaproszono do Egiptu specjalistów, którzy mieli prześwietlić niektóre staroegipskie mumie przed renowacją, która jej miała uchronić przed skutkami zmian temperatury w magazynach Muzeum Egipskiego w Kairze. Radiolodzy przy tym stwierdzili szokującą rzecz, a mianowicie niektóre z najstarszych mumii były... radioaktywne! Kiedy przeniesiono je do sali z aparaturą rentgenowską, umieszczone w niej liczniki G-M zaczęły trzeszczeć, co oznaczało, że mumie promieniowały! Od tego był już tylko jeden krótki krok do hipotezy prof. Saida Sabita z Fakultetu Medycyny w Kasr al-Ejni głoszącej, że starożytni Egipcjanie używali przy mumifikacji zwłok źródeł promieniowania jonizującego, co zapobiegało zniszczeniu mumii wysokich dostojników egipskich... I tutaj zbliżamy się do końca naszych rozważań na temat BMR, które w starożytnych Indiach nazywano Brahmashiras czy Brahmadanda, w Ameryce Południowej - Mashnak, w sumeryjskich mitach - miecz bogów, zaś w celtyckich legendach - Oko Balora. Pisałem o straszliwych broniach, które dawały ogień mogący spalić trzy światy i porównywano je do płomieni, które pożerają Wszechświat w mgnieniu oka do jego końca! Jak nazwalibyśmy ją dzisiaj?

Atomowa? Termojądrowa? Neutronowa?