MOJE TRZY GROSZE

P
rzedstawiam pracę Roberta K. Leśniakiewicza z dwóch powodów. Pierwszy - to oryginalność teorii i doskonałe ich przemyślenie, a po drugie - praca jest naprawdę warta przeczytania gdyż hipotezy są niesamowite i wielce prawdopodobne, a przy tym podane w bardzo przystępny sposób. Tłumaczą też wiele niewyjaśnionych zjawisk i wydarzeń z naszej bliskiej przeszłości. Oczywiście żadna teza nie jest udowodniona w 100%, bowiem autor nie ma ani sił ani środków na ich zweryfikowanie, a ci którzy je posiadają bądź nie są zainteresowani ich wyjaśnianiem, bądź (co bardziej prawdopodobne) coś wiedzą, ale wyniki badań utajniają. Być może w tych hipotezach tkwi część prawdy o przyczynach upadku Polski przedmieszkowej i nie tylko.

N
ic dodać nic ująć, chociaż... Zastanowił mnie fakt tajemniczych efektów (wielkie wybuchy, słupy ogniste itp.) w zasadzie poza wielkimi aglomeracjami takimi jak przykładowo - Rzym, Paryż, Londyn i innych podobnych, których fundamenty tkwią głębiej w przeszłości niż nam się wydaje. Dlaczego tajemnicze wybuchy zdarzają się nad wodami mórz i oceanów, wysepkami czy wioskami. Sprawę może rozjaśnić dodanie hipotezy "wielkiego uskoku...", którego wystąpienie datuję na owe czasy atomowych wojen. Krążące nad nami wojskowe satelity, których zadaniem jest zniszczenie jakiś obiektów na Ziemi muszą mieć zaprogramowane współrzędne celów na powierzchni Ziemi i chyba dla wszystkich jest to jasne. Dla każdego satelity, jedynym "nieruchomym" punktem odniesienia, od którego jego "mózg" będzie dokonywał pomiarów i korekt są punkty przecięcia osi Ziemi z jej powierzchnią, czyli bieguny. Jeśli przyjmiemy, że w okresie atomowej wojny lub tuż po niej, doszło do "wielkiego uskoku...", to musimy sobie uświadomić, że w krótkim czasie współrzędne wszystkich punktów na Ziemi uległy zmianie, natomiast te zaprogramowane w satelitach i ich bojowych głowicach - nie. One w dalszym ciągu celowały (a być może jeszcze celują) w obiekty, które na powierzchni Ziemi dawno zmieniły położenie, a część z nich pochłonęły wody mórz i oceanów. Jest zatem możliwe, że atakowane są miejsca, gdzie kiedyś faktycznie znajdowały się największe skupiska ludzi. Jednak, by stwierdzić, że tak jest, należałoby przyjąć zaistnienie "wielkiego uskoku..." oraz dokonać przeliczeń współrzędnych z dzisiejszych na poprzednie. Jeśli przyjąć położenie bieguna za czasów Atlantydy w rejonie wyspy Akpatok, to dzisiejsze brytyjskie Hebrydy leżą miejscu, które wtedy odpowiadały Atlantydzie. Przypadek?

N
ależałoby też zastanowić się, czy "wielki uskok..." nie został spowodowany, lub może "sprowokowany" przez tę atomową wojnę? Wybuchy tysięcy ładunków nuklearnych o bardzo wielkiej mocy, z których każdy wytwarzał krótkotrwały potężny impuls elektromagnetyczny, z pewnością zakłóciły pole magnetyczne Ziemi. Skoro, jak sądzę, ziemskie pole magnetyczne ma swój udział w siłach podtrzymujących obrót Ziemi dookoła własnej osi, a to z kolei jest warunkiem utrzymywania sił tarcia na styku skorupa-płaszcz w równowadze, więc tak silne zakłócenie pola magnetycznego Ziemi być może było przysłowiową kroplą, która przepełniła czarę. Szkoda, że nie możemy jednoznacznie ustalić czasu kiedy na Ziemi trwała ta wojna atomowa gigantów i w którym momencie doszło do "wielkiego uskoku..."

I
nną wielce interesującą sprawą jest spojrzenie autora na pochodzenie wirusów, a także na przyczyny wielkich ziemskich epidemii. Czy faktycznie, zakładając wyższy od naszego, poziom cywilizacyjny tamte pokolenie dokonało cudu inżynierii genetycznej, tworząc mikroskopijnego żołnierza - biorobota-zabójcę? Dziś wirusy tworzą osobna grupę i tak naprawdę nie wiadomo czym właściwie są. Dla biologa jest to martwy związek chemiczny (coś w rodzaju kryształu), a dla chemika twór prawie biologiczny, bo przejawia czynności żywego organizmu. Być może wirusy kiedyś należały do jakiejś bojowej "triady" z bronią chemiczną czy psychotroniczną, gdzie pierwsze osłabiały system odpornościowy, a armie mikro-bio-żołnierzy już bez przeszkód kończyły dzieło zniszczenia zmieniając swój charakter na biologicznego zabójcę. Dla obeznanych z literaturą "niewyjaśnione" hipoteza taka nie wywoła zapewne zdziwienia.

P
rzerażać może jedynie fakt, że nieliczni na świecie potrafią sobie uzmysłowić małość, ba... nicość człowieka wobec Natury. Dla Ziemi jesteśmy tym, czym dla nas nanoby, a dla wielkości Wszechświata brak nawet porównania. Szkoda, że wielcy tego świata nie potrafią sobie uzmysłowić, że to nie Natura rzuca nam kłody pod nogi, ale to my stoimy jej na przeszkodzie. Naszym zadaniem nie powinno być "ujarzmianie" Natury, ale współżycie z Nią z należną dawką czci i pokory przed jej siłami. Nasza niewiara w przeszłość Ziemi i wiara w głupie, niby naukowe hipotezy może nas zaprowadzić jedynie, a w zasadzie już zaprowadziła, na manowce. Działanie naszej cywilizacji przypomina działanie małpy, której do ręki dano brzytwę i kazano czynić lepsze.

Czy jesteśmy w przededniu historycznej powtórki? Zapraszam do pasjonującej lektury.

Leszek Wiktor Klimek