ODIUM WSPÓŁCZESNOŚCI
Leszek Wiktor © Klimek
Zahi Hawass okrada ludzkość
Bo nie ważne czyje co je, ważne to je co je moje. K. Grześkowiak

Zdaje się, że mamy wytłumaczenie dziwnego zachowania się Zahi Hawassa, najbardziej znanego archeologa Egiptu. Kim jest naprawdę? Wybitnym egiptologiem czy łotrem w todze naukowca? Showmanem nauki czy zwykłym pajacem żądnym sławy? Oficjalnie wiadomo, że urodził się w roku 1947. Od 1987 jest Dyrektorem Generalnym Gizy i Sakkary oraz Oazy Baharija. W 1998 awansował na stanowisko podsekretarza. Studiował w Egipcie i USA. W 1980 ukończył studia w Aleksandrii a w 1987 uzyskał tytuł Ph.D. na Uniwersytecie w Pensylwanii. Przez szereg lat był konsultantem naukowym w wielu filmach dokumentalnych, programach telewizyjnych i artykułach prasowych.

Znany jest z apodyktyczności, arogancji i żądzy sławy. To on przepędził spod piramid wszystkich naukowców niezgadzających się z jego poglądami. To on zabronił prowadzenia jakichkolwiek badań pod piramidami. Każdy chcący przeprowadzić badania w Giza musi uzyskać jego osobistą zgodę. Światowa spuścizna historii stała się prywatnym folwarkiem jednego Araba i świat nie robi nic, by zmienić zaistniałą sytuację. Czy dlatego jest "świętą krową" egiptologii, by nie zaogniać konfliktu z Islamem? Chyba nie. Sprawy sięgają prawdopodobnie daleko głębiej, co można przeczytać w artykule Wojciecha Bobilewicza zamieszczonym na łamach Nautilus.org.pl Wynika z tego ni mniej ni więcej, iż archeolog ze światowego świecznika jest najzwyklejszym złodziejem, tak jak i spora rzesza jego współziomków. Przyczyną tego jest to, że zwykle kradnie się i beszcześci tylko dobra nie swojej kultury. Egipt nie jest historyczną spuścizną kultury arabskiej, więc nie ma przeciwwskazań nawet natury moralnej.

Artykuł Wojciecha Bobilewicza

Tajemnice piramid, mroczna mafia nadzorująca kompleks w Gizie i kilka porad praktycznych dla polskich poszukiwaczy przygód - przedstawiamy raport "naszego człowieka z Egiptu"!

Egipt i kompleks piramid w Gizie jest od samego początku w centrum naszego zainteresowania. Nie ma wątpliwości - to jedno z tych miejsc na świecie, które zawiera w sobie zagadkę idealną dla osób, które zadają sobie pytania o historię naszej cywilizacji. Audycja z serii "ARCHIWUM" w TOK FM, własna kolumna w ogólnopolskiej codziennej gazecie i supermegapopularny serwis internetowy (ilość "wejść" na strony Nautilusa po prostu nas obezwładnia!) - to wszystko daję potężną moc i przekłada się na ilość informacji trafiających do Fundacji. Są jednak chwile, kiedy trzeba samemu pojechać na miejsce, aby przekonać się, jak jest naprawdę. Takiej misji podjął się "nasz człowiek" - Wojtek Bobilewicz z Fundacji NAUTILUS. Poprosiliśmy go o napisanie kilku słów o tej eskapadzie i... tak powstał ten tekst. Są to raczej luźne zapiski niż raport, ale... na pewno wyda Wam się ciekawy.

Na Synaju wszedłem na Górę Synaj (czyli Górę Mojżesza) w środku nocy, na mniej więcej pół godziny przed pierwszymi turystami. Obserwowałem niebo. W pewnym momencie (aczkolwiek niewykluczone, że miału tu miejsce najzwyczajniejsze w świecie zjawisko atmosferyczne typu chmury etc.) trzy środkowe gwiazdy (czyli tzw.

Pas Oriona, wedle którego zbudowane i ukierunkowane są trzy piramidy w Gizie)... znikły z pola widzenia. To było naprawdę niezwykle ciekawe zjawisko... Tu spędziłem dłuższy czas. Przede wszystkim udało mi się wejść na Wielką Piramidę. Naturalnie wchodzenie na tę "Świętą Górę" o dowolnej porze dnia i nocy jest oficjalnie zabronione, ale... wszystko jest kwestią pieniędzy. Niestety, dużych pieniędzy. Za wejście na Piramidę musiałem zapłacić 1200 USD w lokalnej walucie nie licząc "napiwków" i bakszyszów. Niestety tego rzędu pieniądze potrzebne są, by przymknąć oczy urzędników, strażników i policji turystycznej, choć i tak w tę "konspirację" zaangażowane jest tylko stosunkowo nieliczne grono osób i przed wejściem (które oczywiście odbywało się pod osłoną nocy, a jedynym oświetleniem był blask księżyca i światła Kairu) zostałem ostrzeżony, że jeśli na drodze wiodącej z wioski w stronę pustyni dostrzegę jakiekolwiek światła samochodu, to muszę przywrzeć do ściany i nie ruszać się. Rzeczywiście przy schodzeniu taka sytuacja się wydarzyła.

Wchodzenie to jakieś 30 minut i tyle samo zajmuje schodzenie. Niestety pozwolono mi być na wierzchołku jedynie 15 minut. Nie przeprowadziłem więc wszystkich badań i eksperymentów, które obejmować miały m.in. badanie obecności pola energetycznego i elektromagnetycznego, skonstruowanie naprędce tzw. "butelki lejdejskiej" (prostego kondensatora) i sprawdzenie, czy przepływa przezeń prąd, medytacja koncentracyjna (polegająca na koncentrowaniu się na określonej partii ciała i braku świadomości pozostałej części - być może powyższe określenie tej medytacji nie jest poprawne technicznie, ale wiadomo o co chodzi) etc. Mogłem więc jedynie króciusieńko pomedytować i nacieszyć się widokiem przepięknej panoramy miasta oraz wznieść ponownie wołanie ze "Szmaragdowych Tablic" ku Orionowi. Na wierzchołku piramidy nie odczuwałem żadnych namacalnych, czy fizycznie mierzalnych sił lub energii, natomiast w moim wnętrzu zapanowała krótkotrwała euforia, wzmocniona zapewne i tym, że nie tylko oto zrobiłem to, co - w ostatnich latach - dane jest naprawdę niewielu, ale też pokonałem swą słabość (poprzedniej nocy na pustyni nieprawidłowo zszedłem z konia, ześlizgnąłem się i w wyniku tego bardzo mocno stłukłem sobie żebra z prawej strony, czego skutki odczuwam do dzisiaj).

Zanim przejdę do kolejnych rzeczy (i poniekąd o wiele bardziej doniosłych), chciałbym nadmienić, że ani wejście na Piramidę, ani nocne rekonesanse po pustyni, ani obejrzenie niezwykłych konstrukcji w Abu Ghourab, ani wreszcie spotkanie z Larrym Hunterem (o którym jeszcze poniżej) nie byłoby w ogóle możliwe, gdyby nie ludzie z położonej dosłownie u stóp czy raczej łap Sfinksa wioski Nazlet es Samman. Wioskę zamieszkują w większości ubodzy ludzie, którzy zatrudniają się sezonowo jako robotnicy przy wykopaliskach. Oczywiście, z tego właśnie powodu ich wiedza na temat tego, co NAPRAWDĘ działo się i dzieje na Płaskowyżu Gizy oraz ich znajomość tego terenu są nie do podważenia i przecenienia. Gdybym miał o niektórych rzeczach (takich jak poniższe) usłyszeć tylko z ust osób trzecich (na przykład Larryego), to pewnie miałbym co najmniej wątpliwości. Ponieważ jednak potwierdzają to mieszkańcy wioski, można uznać to za wysoce wiarygodne i/lub prawdopodobne. W szczególności zaś wspomnieć muszę tu moich - nie waham się użyć tego słowa - przyjaciół z Nazlet: Hakima, starszego, siedemdziesięcioparoletniego mężczyznę, którego imię znaczy "mądrość", i jego synów, a zwłaszcza dwóch - Bora ("syn Ra") i Mosesa ("Mojżesza"). Są to ludzie niezwykli. Przede wszystkim każdy z nich nieźle włada co najmniej dwoma językami (oprócz arabskiego), więc - w porównaniu do wielu innych mieszkańców Nazlet - są oczytani i wykształceni. Poza tym mają niezwykle otwarte umysły i chociaż nominalnie są muzułmanami, to ich wiedza, intuicja i doświadczenie daleko wykraczają poza tradycyjny muzułmański fundamentalizm czy choćby zwykłą dewocję. Różnice religijne są dla nich w gruncie rzeczy drugorzędnej natury. Wierzą oni bowiem w istnienie energii czy mocy, która sprawi, iż już niedługo nastąpi całkowita przemiana paradygmatów. Są przyjaciółmi nie tylko Larryego Huntera, ale także kilku innych badaczy Gizy, Piramid, Sfinksa i Holu Zapisków: Stephena Mehlera, Lloyda Pye'a, Hancocka i Bauvala i jeszcze paru innych.

Z Bora pojechaliśmy zobaczyć szybko kompleks piramid w Abu Sir i Dashur oraz w Sakkarze. Wydaje się, że tak jak tzw. "Komora Króla" w Wielkiej Piramidzie zdaje się "faworyzować" niskie częstotliwości (im niższe "Oum" mantrowałem, tym większy, dłuższy i potężny pogłos), o tyle "zgięta" piramida w Dashur - wręcz przeciwnie - "woli" częstotliwości wysokie (im wyższy dźwięk wydawałem, tym głębsze, czystsze i dłuższe echo). Lecz to nie te wszystkie piramidy były "gwoździem programu", lecz położona nieopodal Abu Sir rozpadająca się struktura (o której Hakim mówi, że nie była piramidą, lecz obeliskiem) w Abu Ghourab, do której turyści w zasadzie też nie mają wstępu. Tu znajdują się wykonane z alabastru (???) potężne "misy" otoczone wiankiem zębatek czy wypustek (przy każdej "misie" ilość wypustek jest inna). Największe wrażenie robi fakt, że podstawy owych mis, z jednego bloku, wyglądają tak, jakby zostały odlane z cementu czy innego płynnego surowca, jakby wyjęte były z jakiejś sztancy czy matrycy.
Inną zagadką tego miejsca jest znajdująca się tuż obok konstrukcja, która - wedle słów archeologów - ma stanowić alabastrową podstawę obelisku. Cóż, można to interpretować na różne sposoby, ale niech mi kto powie, w jaki sposób - jeśli kuto alabaster dłutami - osiągnięto tak idealną gładkość i okrągłość? W zagłębieniach widać zresztą okręgi, jakby pozostałości po jakiejś maszynie szlifierskiej czy tnącej. Albo więc owa "podstawa obelisku" pochodzi z czasów nam współczesnych, albo... starożytni znali obróbkę kamienia na najbardziej zaawansowanym poziomie...

A potem przyszedł czas na spotkanie z Larrym Hunterem, który od prawie 30 lat bada Gizę w poszukiwaniu Komnaty Zapisków czy Holu Zapisków oraz pozostałych piramid (bo jest przekonany, że nie tylko te trzy główne piramidy odzwierciedlają ułożenie Pasa Oriona, ale - podobnie jak Bauval i Hancock - jest zdania, że także i pozostałe gwiazdy, takie jak Betelguese i inne, także mają swoje ziemskie oblicze. Kim zatem jest Larry Hunter? Larry jest z wykształcenia (i był z zawodu) nawigatorem na statkach. Stąd jego doskonała znajomość zagadnień nieba, meridianów, stopni i kątów, astronomii, trygonometrii itp. W wyniku swych zainteresowań Gizą i ukrytymi na niej "skarbami" (piszę to w cudzysłowie, bo nie zawsze i nie tylko chodzi o skarby materialne) doszedł w ciągu wielu lat żmudnych badań i poszukiwań (był już w Egipcie 32 razy) do wielu zaskakujących wniosków, a informacje, jakie zdobył przez lata od wielu źródeł (zarówno mieszkańców Nazlet es Samman, którzy traktują go jako przyjaciela i jednego ze swoich, jak i od oficjalnych władz, z którymi trzyma kruchy rozejm) mogą powalić z nóg lub zbulwersować.

Przede wszystkim Larry zauważył, że Hancock i Bauval nieco źle ukierunkowali cały gwiazdozbiór Oriona względem piramid i dlatego nie mogli znaleźć pozostałych piramid. On, jako nawigator, naprawił ten błąd i - jak twierdzi - udało mu się znaleźć piramidy (lub miejsca po piramidach, tkwiących obecnie w ziemi) także na obrzeżach Gizy, które odpowiadają poszczególnym gwiazdom Oriona poza Pasem.

Kolejna sprawa to datowanie kompleksu. Otóż nawet alternatywni autorzy zgadzają się, że wiek Gizy, a zatem i Piramid, i Sfinksa, mimo wszystko należy liczyć w tysiącach lat i większość optuje za okresem mniej więcej 12 do 12,5 tysiąca lat temu. Larry natomiast zastanowił się: kiedy pierwszy raz w epoce nowożytnej najpierw Arabowie w IX wieku, a potem w kolejnych wiekach także Europejczycy przybyli do Gizy, owe prastare pomniki przeszłości zakopane były częściowo w piachu (Sfinks najbardziej, ale i częściowo piramidy). Oznaczało to tym samym, że górne ich części znacznie bardziej narażone były na erozję, niż dolne, zachowane w piachu. I faktycznie. O ile górne bloki często już się kruszą, dolne przejawiają dziwną charakterystykę: bardzo często do ich powierzchni przyklejone są bryły, które po bliższym przyjrzeniu się, okazują się skamieniałym mułem i szlamem, wypełniającym niegdyś muszle. Muszle należą do stworzeń słonowodnych, Świadczyłoby to o dwóch sprawach: po pierwsze, że cała Giza, Kair i w istocie obecna Delta Nilu zalane były w przeszłości słoną wodą, i to nie tysiące, ale zapewne setki tysięcy, a może i miliony lat temu. Po drugie - tak jak ma to miejsce w przypadku wraków statków - owe ślimaki, omułki i inne stworzenia z muszlami przywierają do czegoś, co już tam musiałoby być wcześniej. Wniosek z tego jest taki, że przynajmniej niektóre piramidy i inne struktury w Gizie i wokół niej musiały istnieć już wtedy, gdy zalegała tu słona woda, która umożliwiła muszlowcom przywarcie do nich. świadczyć by to mogło o o wiele, wiele starszym rodowodzie tego kompleksu, niż nam się wydaje! Precesja, o której wypowiadają się Hancock i Bauval, a dzięki której około 10000 roku p.n.e. piramidy idealnie odzwierciedlały Oriona, a Sfinks patrzył wprost na gwiazdozbiór Lwa, powtarza się przecież cyklicznie, zatem niekoniecznie 12 tysięcy lat temu! Mogło być to zbudowane dużo wcześniej.

Kolejna sprawa. Hieroglify. Hieroglify z okresy starego państwa i jeszcze wcześniejsze w większości są wykonane niezwykle starannie, z precyzją znacznie wykraczającą poza możliwości dłutka (nie mówiąc już o tym, że rzeźbienie w granicie jest niezwykle żmudne i pracochłonne). Ponadto wiele ze skał i kamieni (z których część służy teraz współczesnym Egipcjanom jako budulec domów i stodół czy zagród) posiada w swym wnętrzu "żetony" czy krążki o dziwnie "pręgowanych" brzegach. Gdy Larry dał okolicznym dzieciakom 20 funtów egipskich i poprosił je o zebranie całej torebki owych krążków, okazało się, ze można je uporządkować w szeregi co do wielkości i nie ma wśród nich żadnego, który wykazywałby wartość pośrednią. A zatem jeśli jedne krążki mają średnicę 17 milimetrów, to następne mają 14 milimetrów i nie ma wśród nich żadnego o średnicach 16 i 15 milimetrów. Świadczyłoby to tym, że mogą być to "twory" produkowane mechanicznie, a nie - jak chcą geolodzy - morskie organizmy sprzed milionów lat. Dodawane byłyby one do specjalnej masy, czegoś w rodzaju ówczesnego betonu czy cementu, z którego w istocie robiono bloki, i w których ODCISKANO sztancą hieroglify - przypomnijmy sobie cylindryczne pieczęcie Sumerów.

Kolejna rzecz. Larryego interesują skały i kamienie, znajdujące się na Płaskowyżu Gizy, ale też te stanowiące część dalej istniejących struktur. I tu SENSACJA. Jakież było zdziwienie Larryego, gdy natknął się na praktycznie nietkniętą łukową bramę, czy przejście, zabudowane współczesnymi budowlami. Przejście nie przypominało niczego, co znamy ze starożytności, ale raczej budynki renesansowe, w których nad przejściami czy bramami centralnie umieszczano kamień z wizerunkiem czy to świętego, czy innym - po angielsku tzw. Headstone, czyli główka, lub wiązanie główkowe. Otóż ten konkretny kamień przedstawiał... istotę o wielkiej głowie i długich rękach, obutą w dziwne buty z obcasami! (widziałem zdjęcie tego, więc nie jest to tylko plotka).

Kolejna SENSACJA: Mieszkańcy Nazlet donoszą, że gdzieś w rejonie Gizy czy Kairu znajduje się cała głowa... olbrzyma! Pamiętacie opowieść biblijną o tym, jak to Nefilim-olbrzymi uprawiali seks z "córami człowieczymi", za co Bóg się na nich rozgniewał i postanowił zmieść ich z powierzchni ziemi? Otóż być może część Nefilim żyła w Egipcie, w rejonie Gizy i Abu Ghourab! Przestawiam kolejne zdjęcie - to blok skalny. Lecz czy nie jest w nim odciśnięta wielka dłoń? Czy to nie potwierdza tezy o olbrzymach i o płynnej konsystencji bloków jednocześnie? Zdjęcie natomiast (i tutaj tajemnica przed Larrym, który nie chciał żadnych zdjęć dopóki nie odnajdzie reszty głowy - cóż, czasem ludzie mają duże ego - natomiast Moses i Bora, którzy są właścicielami tegoż przedmiotu, bez problemu zgodzili się na zrobienie fotografii) przedstawia... ząb człowieka-olbrzyma. Jest poczerniały, bo liczy sobie wiele tysięcy, a może nawet milionów lat!

I wreszcie sprawa ostatnia, równie SENSACYJNA: Larry mówi - a mieszkańcy wioski Nazlet es Samman potwierdzają - że tzw. "archeologiczna mafia" pod kierownictwem Zahiego Hawassa prowadzi potajemne wykopaliska w bardzo konkretnych miejscach (miejsca te pokazywał nam Larry na zdjęciach satelitarnych), otoczona kordonem policji i wojska. Codziennie z jednego z takich miejsc wyjeżdżają ciężarówki gruzu. Jeśli to tylko gruz, czemu nie mogą brać go z innych, łatwiej dostępnych miejsc i czemu wszystko utrzymywane jest w wielkiej tajemnicy? Otóż wszystko wskazuje na to, że Hawass dawno już odkrył grobowiec Ozyrysa, a być może nawet przedsionki do Holu Zapisków! Wedle słów Larry'ego (znów potwierdzonych przez ludzi z Nazlet) któregoś dnia znaleziono potężną, podziemną komnatę, a w niej kilkunastometrowej długości bazaltową łódź. Gdy podniesiono łódź, by przekonać się, czy czegoś pod nią nie ma, cała ekipa badawcza zachorowała na bardzo nieprzyjemną chorobę.

Zresztą sam Larry także był w komnatach i korytarzach, o których przeciętny turysta nie ma nawet zielonego pojęcia i do którego nie zostałby nawet dopuszczony. Mały przykład: jeden z jego informatorów został parę lat temu aresztowany i bardzo dotkliwie pobity pałką oraz dokonywano na nim elektrowstrząsów! Sam Bora i Moses znają i potwierdzają inną historię, wedle której znaleziono pod Nazlet trzydzieści parę złotych posążków. Oficjalnie jednak zgłoszono jedynie cztery. Takie przykłady można by mnożyć...

Jeśli to, co opisuje pan Wojciech Bobilewicz jest choć w części prawdą, to mamy do czynienia z kradzieżą dóbr kultury światowej na niespotykaną skalę. Co na to światowa opinia? Jak dotąd nic. Czy to strach przed Hawassem i jego protektorami? Kto skupuje skarby kultury ludzkości? Na pewno nie biedota i na pewno nie turyści. Za Hawassem muszą stać potężne siły światowej mafii ograbiającej nie tylko Egipt. Przypomnijmy sobie wydarzenia z wojny w Iraku, gdzie w jeden dzień zaginęły zbiory muzeum w Bagdadzie. Taka kradzież może mieć dwa oblicza. Jedno, to chęc zdobycia najcenniejszych zbiorów, a drugie bardziej groźne - chęc ukrycia prawdy o naszej cywilizacji.

Przykre jest to, że do obu przykłada rękę nieposzlakowany ponoć archeolog, który "własną piersią" chroni zabytki światowej kultury. Teraz jest łatwiej zrozumieć postępowanie "cerbera" spod piramid. Sam prowadząc "wykopaliska" może dowolnie fałszować dokumenty i ukrywać prawdę o znaleziskach. Jest też niewykluczone, że w całej tej sprawie maczają palce najwyżsi urzędnicy państwowi i wojskowi Zjednoczonej Republiki Arabskiej. Właśnie... arabskiej. Arabowie nie cenią nic prócz własnej kultury. Mam też nadzieję, że autor zmienił personalia swoich informatorów. Macki Hawassa na pewno są długie.

10 lutego 2006 r. Egipskie Służby Starożytności powiadomiły, że w Dolinie Królów, nekropolii w której chowano największych władców starożytnego Egiptu, ekipa z amerykańskiego University of Memphis odnalazła grobowiec sprzed 3,5 tysiąca lat i że jest to sensacja na miarę odkrycia grobowca Tutankhamona. Ze zdjęć widać, że to nędza z biedą, ale oczy świata zwrócono w inne miejsce Egiptu. Pod piramidami można kraść dalej w całkowitym spokoju.